Nie-znaj-o-my
Ból pełzł po kręgosłupie. Wolno i nieustępliwie. Milimetr po milimetrze. Rozsmarowywał się po skórze jak dobrze rozpuszczone masło. Swoją tłustą konsystencją pokrywał skórę pleców. Przylepiał się i namaszczał jednocześnie. Dawno już nie była w kościele. Skąd więc to skojarzenie z namaszczeniem? Olejem chorych? Olejem krzyżma? Próbowała stać prosto, mimo że ból ciągnął ją w dół niczym kamień uwieszony na sznurze lnianym u szyi. Siłą woli utrzymywała kręgosłup w pionie.
Mężczyzna przed nią na taśmie położył kilka piw oraz mięso o jaskraworóżowym kolorze poprzecinane białymi przestrzeniami. Różowa mapa martwego życia. Czarna taśma ruszyła do przodu a zielone butelki turlały się w przeciwną stronę. Zatrzymywał je opór mięsa obleczonego w plastik. Poruszały się dookoła własnych osi zatrzymywane przed dalszą podróżą przez śmierć gotową do spożycia. Skupiła się na tej scenie. Wszystko, aby tylko odwrócić uwagę od pełzającego po jej plecach bólu. Odwrócić uwagę również od pęczniejącej w niej złości. Narastającej w komórkach, przeciwwadze dla bólu. Złość z przodu, ból z tyłu. Zamknięta w tych klamrach ze stęknięciem schyliła się do koszyka, aby wyjąć swoją butelkę. Riesling. Rocznik nie-wiadomo-który albo kogo-to-obchodzi. Jej butelka nie miała się o co oprzeć i poturlała się swobodnie w tył uciekając przed dotykiem kasjerki. Złapała ją i zabezpieczyła chipsami. Oparła się dłońmi o metal okalający przybrudzoną taśmę. Zgięta się w pół.
Jakaś część niej chciała krzyczeć. Krzyczeć o tym, że już wystarczy. O tym, że już dłużej tak nie da rady. Jakby to było zacząć krzyczeć tutaj, teraz w tym tłumie zaaferowanych wątróbką i udkami ludzi? Czy aby ktoś jej pomógł musiałaby najpierw upaść, czy wystarczyłby jedynie krzyk szaleństwa, które ból zapraszał coraz bliżej.
Kasjerka rzuciła smutny uśmiech mężczyźnie od piwo-mięsa. Wolny ruch. Zmęczona życiem jak każdy. Piknięcia przypieczętowujące własność produktów.
Szybciej, błagam…
Co to za przestrzeń najeżona krawędziami? Krawędziami wytrzymałości. Krawędziami cierpliwości. Wreszcie jej wino mimo oporu i prób ucieczki udaremnionych przez chipsy o smaku soli, podjechało bezpośrednio pod rękę kasjerki. Kobieta nie patrzyła na nią. Ona patrzyła na kobietę, w skupieniu. Poganiała ją wzrokiem, czego tamta nawet nie zauważała. Uodporniła się na całą gamę spojrzeń i zbudowała sobie tarczę z myśli.
– Czterdzieści pięć złotych. Kartą czy gotówką?
Słowa pytajnikami zawisły nad klawiaturą kasy. Syknęła. Wyjęcie portfela z plecaka wymagało rotacji tego, co było kiedyś kręgosłupem. Było, dopóki nie zamienił się w gorejący krzew jej życia. Ręka chwyciła niebieski, przybrudzony przedmiot. Pusty. Czarna karta przyłożona do czarnego terminala uwolniła środki płatnicze oraz ją i kasjerkę. Mogą rozstać się w pokoju. Bez spojrzeń i kontaktu.
Noga za nogą szła przed siebie po szarym chodniku upstrzonym szaroburymi śladami po gumach. Taki odwrócony gwiazdozbiór na betonie. Wyżute konstelacje leżących pod stopami gwiazd. Wino w plecaku dawało jej jakąś nadzieję. Nikłą, bo nikłą, ale nie miała już pomysłu czego jeszcze mogłaby się uchwycić, aby oddalić od siebie oddychające jej prosto w kark szaleństwo. Najchętniej wypiłaby je tutaj pod sklepem jak rasowa żulmama.
Słońce ogrzewało jej twarz a ciało w mechanicznej wizji podtrzymywanej przez nakazy mózgu wolno kierowało się do kamienicy. Miejsca, w którym umarł czas a potem zmartwychwstał w oparach kurzu i niechęci. Chciałaby myśleć, że słońce się przejmuje i pieści jej twarz z troską. Nie tak. To nie tak. Słońce miało głęboko w dupie to co się z nią działo. Tak jak wszyscy. Wewnątrz niej szalała wojna zamknięta w neoprenowej powłoce ciała. Zamieć, śnieżyca opakowana w skórę wypalaną bólem.
-Dzień dobry!
Pozdrowienie. Powitanie. Przeniosła uwagę z nóg, które dotychczas dyscyplinowała wzrokiem. Kobieta. Starsza. Nieznajoma z pozoru.
– Dzień dobry… – odpowiedziała niechętnie, wywołana do odpowiedzi.
– Jak się masz? Dawno Cię nie widziałam. Mieszkasz teraz tutaj?
Kto pyta? Chwila olśnienia. Szefowa tej, której słowa bolały najbardziej. Zaufana wyznawczyni boskości tamtej. Tej, której komunikaty wypalone są na ścianach komórek jej ciała.
– Dobrze. Dziękuję. Tak. Mieszkam.
– Jak dobrze Cię widzieć. Schudłaś bardzo. Jesteś chora?
Co to kurwa ma być? Przesłuchanie na środku chodnika przez kogoś kogo widziała trzydzieści lat temu? Kto dał prawo do zadawania takich pytań? Niedowierzała temu co się właśnie wydarzyło. Jedyną zaletą tej sytuacji było to, że nawet ból przyczaił się i zamilkł. Najwyraźniej zainteresował się dalszym biegiem wypadków.
– Nie jestem chora. Proszę mi wybaczyć, ale muszę już iść. Spieszę się bardzo.
– Szkoda. Rozumiem. Mam nadzieję, że wszystko u Ciebie będzie dobrze. Nie wyglądasz najlepiej. Mama mówiła, że przechodzisz przez ciężki okres. To widać.
Słowo klucz. Słowo zapalnik. Takie, od którego wybuchało wszystko.
Mama… Matka…
– Dziękuję za podzielenie się opinią. Żegnam…
– Wszystkiego dobrego!
To wszystko dobre cisnęła w jej bolące plecy jak zaklęcie. Ruszyła z tymi słowami przyklejonymi jak plaster. Ta, której nie chce więcej znać znowu wzięła jej życie i wytarła się nim a potem rzuciła w kąt łazienki jak brudną ścierę. Poniosła w świat słowa o niej.
Wróciła tutaj. Kupiła sobie czas, aby znaleźć rozwiązanie. Wdepnęła w sam środek piekła, aby znaleźć odpowiedzi. Wypalone w wielkim kotle nienawiści.
W końcu znalazła się przy drzwiach kamienicy uwalanej kurzem i pajęczynami. Przed nimi stał ten, którego obecność pachniała siarką. Uśmiechał się pod nosem jakby znał już wszystkie odpowiedzi. Wino w jej plecaku zastrzygło z niepokojem szyjką.
– Mogę wejść? – przymilny uśmiech przyklejony do okrągłej twarzy w łysej aureoli. Jego twarz utytłana kłamstwami i nienawiścią. Wyczekująca poza była jedynie formalnością. Przekonany, że znaj-o-my nadal mieszka w niej dla niego. Czekał aż zgodzi się z uśmiechem i przyjmie go z otwartymi udami.
– Nie. Nie możesz wejść.
Jej własny głos. Spokojny. Stonowany.
Nie-znaj-o-my.
Zna-jo-my już nigdy więcej.
