Spod kół toczącego się auta wydobywa się chrzęszczenie i chrupanie. Opony poruszając się wolno bezlitośnie rozgniatają śnieg. Droga, którą jedzie przecina las na pół. Wysokie sosny powoli ubierają się w tłuste, zgarbione śnieżne czapy a zielone kępki igieł chowają się pod nimi. Gałęzie zwieszały się coraz niżej jakby wstyd przed czymś albo kimś kazał im się giąć do samej ziemi. Przednia szyba samochodu nakrapiana była wielkimi pozlepianymi płatkami.
Nienawidził zimy. Nienawidził tej substancji przechodzącej samą siebie w kształtach i konsystencji. Tego jak wpadała w nos i oczy. Ukłucia śnieżynek na ciepłej skórze były jak wbijanie igły. Te walające się pod stopami zamarznięte gluty, śliska ścierkowata breja. Wszystko zimą atakowało i oblepiało albo pozbawiało przyczepności. Drugi piątek miesiąca. Pokonywał tą trasę w każdy drugi piątek miesiąca. Wychodził z biura i z przyklejonym na taśmę klejącą uśmiechem wsiadał do wysłużonego, granatowego volvo. Zwykle odpalało po jednym przekręceniu kluczyka. Taki był rytuał. Ruszali razem tą drogą w środek lasu. Dziś był czternasty, drugi piątek miesiąca. Za każdym razem tak samo obawiał się, że zgubi drogę, mimo że wyryta była pod powiekami krwawym śladem. Zostało mu jeszcze z piętnaście minut, aby dotrzeć na miejsce i tak by się stało, gdyby były lepsze warunki pogodowe. W obliczu tej śnieżycy pewnie będzie potrzebował dwa razy więcej czasu, aby tam dotrzeć. Nie przeszkadzało mu to. Nigdzie mu się nie spieszyło. Liczyło się tylko to, żeby dopełnić rytuału.
Snop świateł podświetlał wirujące w powietrzu białe, nieforemne kształty, które tańczyły nie robiąc sobie nic z faktu, że ten taniec jest pewnie ostatnią rzeczą jaka je spotka w ich krótkim istnieniu. Wkrótce zamienią się w błotnistą breję i znikną niepostrzeżenie. Przy odrobinie szczęścia zapiszą się w czyimś wspomnieniu i będą tam tańczyć po wieki. Pochylił się do przodu, żeby lepiej widzieć co dzieje na drodze, wirujące płatki skutecznie ograniczały widoczność. Nie mógł się już doczekać momentu, w który będzie mógł wysiąść. Za każdym razem tej trasie towarzyszył ogromny ładunek nadziei na to, że jednak wszystko to, co jest obecne nie istnieje tak naprawdę a On obudzi się zlany potem z ogromną ulgą. Ulgą, która rozpręży jego klatkę piersiową i wtedy będzie mógł odetchnąć głęboko pierwszy raz od wielu wtorków. Mości swoje myśli w tym wyobrażeniu. W tym puszystym poczuciu, że nic się nie wydarzyło. Łagodnie rozsiada się w nim i jest to moment, na który czekał od poprzedniego drugiego piątku miesiąca. Szare komórki wiją się próbując wyciągać racjonalne argumenty dokumentujące jak wiele się jednak zmieniło. Podsuwają obrazy jej nieruchomej, zakrwawionej. Ignoruje je zatapiając się w to uczucie błogości.
Parkuje przy białej od śniegu sośnie, której powykręcane ciało bardzo dobrze znaczy to miejsce. Wysiada z auta i mocno trzaska drzwiami. Rozgląda się nie poszukując niczego konkretnego, robi dwa zamaszyste kroki i przechodzi na drugą stronę drogi. Wchodzi w las i po kilku minutach dociera do małej polanki. Za chwilę będzie potrzebował latarki. Teraz jeszcze jednak może iść przed siebie w szarzejącym świetle upchniętym między drzewami. Staje na samym brzegu okręgu pokrytego miękkim puchem. Nieskazitelnie równa płaszczyzna wygląda jak wygładzona niewidzialną linijką. Precyzyjnie. Żadnego wgniecenia. Nawet na środku. Tam, gdzie powinien być lej po jego życiu. Stoi i patrzy na to wykrochmalone prześcieradło ze śniegu napięte na leśnym runie do granic możliwości. Nie ma ani jednego załamka. Robi pierwszy krok i zapada się do połowy łydki w puch. Przez chwilę traci równowagę, ale szybko ją odzyskuje. W ciele narasta złość. Zaczyna kopać śnieg nogami na przemian. Chwieje się przy tym i zarzuca go na boki. Nie przerywa jednak. Rozgarnia nogami tą gładź i w ciągu kilku minut zamienia to miejsce w skotłowane łóżko ze skłębioną białą pościelą, na którym kochankowie zamiast delikatności obdarowali się dziką furią podszytą nienawiścią. Zatrzymuje się na szeroko rozstawionych nogach. Pochyla się, opiera dłonie o uda i z jego piersi wydobywa się szloch. Zgięty w pół poddaje się temu. Spazmy szarpią jego ciałem aż w końcu upada w tą skołtunioną pościel z białego śnieżnego puchu. Dookoła cichy las miękko pokrywa się coraz grubszą warstwą bieli. Ciszy nie przecina żaden dźwięk. W przeciwieństwie do momentu, kiedy to Ona była tu ostatni raz.
Las tętnił wtedy nabrzmiałym od potrzeb życiem. Ptaki, owady, zwierzęta wszyscy się gdzieś spieszyli, aby zdążyć przed zimą, która uśmierca. Uwielbiała przyjeżdżać na tą polankę rowerem. To było jej sekretne miejsce. Siadała pośrodku uważnie obserwując jak promienie słoneczne przesuwają się leniwie centymetr po centymetrze. Światło czesało swoje długie promienie grzebieniem z jaskrawozielonej trawy. To spektakl, którego ukryta akcja dotykała mocno tego co potrzebowało być dotknięte. Doskonałe zwieńczenie dnia. Czuła się tutaj bezpieczna i ukojona. Wypełniała się tym, aby potem wrócić do niego i podzielić się dobrem tego miejsca podczas wspólnej kolacji. Spędzała tutaj godzinę a potem nasycona wsiadała na swój czerwony, poobijany rower. Wiózł ją prosto do niego lekko klekocąc odkręconym przednim błotnikiem. Tak byłoby i tym razem, gdyby tamten mężczyzna nie zobaczył jej wcześniej pod sklepem, gdzie kupiła bułki na ich wspólną kolację. Może gdyby nie zaczepili się dojrzewająca w nim myśl nie eksplodowałaby z impetem rozbijając się pomysłami o ścianki jego czaszki. Może gdyby nie uśmiechnęła się do niego wsiadając na rower nie postanowiłby pojechać za nią…