Fenek zasnuł się smutkiem jak niebo zasnuwa się chmurami tuż przed burzą. To był ciężki tydzień. Tydzień nabrzmiały od rozstań z tym, co wydawało się ważne.
– Jenocie… – smutek powlekał każde słowo tak szczelnie, że serce Jenota pomarszczyło się jak rodzynka
– Tak? – Jenot spojrzał z uwagą na swojego przyjaciela. Zamienił się w oczekiwanie.
– Boję się, że wszystko z czym się pożegnałem zostawi we mnie wielkie jeziora nieobecności.
– Może przez chwilę tak być. Skoro mówisz o jeziorach Fenku… – tutaj Jenot zawiesił głos i spojrzał z uwagą na przyjaciela. Pogłaskał tym spojrzeniem futerko Fenka, otulił nim jego smutne oczy.
– Co z nimi? – pytanie zawisło gdzieś nad trawą. Litery zabarwione były ciekawością co mogło być pierwszą oznaką, że myśli Fenka zmierzają w cieplejsze miejsca.
– Jeziora Fenku są pełne życia. Nawet jeżeli są jeziorami nieobecności. W sumie tak sobie myślę, że przecież każda nieobecność była przecież kiedyś obecnością…
Fenek spojrzał na swoją łapkę, w której trzymał smętny jak jego myśli patyk. Rzucił nim w nurt rzeki. Ten zawirował kilka razy dookoła własnego środka, podskoczył aż wreszcie popłynął przed siebie w uniesieniu.
– Masz rację.
Fenek odwrócił się. Wyciągną łapki i mocno przytulił się do przyjaciela. Trwali tak w uścisku dłuższą chwilę patrząc jak woda przesuwa się przed ich oczami. Jenot pogłaskał Fenka po plecach.
– Chodź. Zrobię Ci pyszną owocową herbatę…
– Dobrze. Chodźmy…
I poszli.
