||

Smutek

Fenek zasnuł się smutkiem jak niebo zasnuwa się chmurami tuż przed burzą. To był ciężki tydzień. Tydzień nabrzmiały od rozstań z tym, co wydawało się ważne.

– Jenocie… – smutek powlekał każde słowo tak szczelnie, że serce Jenota pomarszczyło się jak rodzynka

– Tak? – Jenot spojrzał z uwagą na swojego przyjaciela. Zamienił się w oczekiwanie.

– Boję się, że wszystko z czym się pożegnałem zostawi we mnie wielkie jeziora nieobecności.

– Może przez chwilę tak być. Skoro mówisz o jeziorach Fenku… – tutaj Jenot zawiesił głos i spojrzał z uwagą na przyjaciela. Pogłaskał tym spojrzeniem futerko Fenka, otulił nim jego smutne oczy.

– Co z nimi? – pytanie zawisło gdzieś nad trawą. Litery zabarwione były ciekawością co mogło być pierwszą oznaką, że myśli Fenka zmierzają w cieplejsze miejsca.

– Jeziora Fenku są pełne życia. Nawet jeżeli są jeziorami nieobecności. W sumie tak sobie myślę, że przecież każda nieobecność była przecież kiedyś obecnością…

Fenek spojrzał na swoją łapkę, w której trzymał smętny jak jego myśli patyk. Rzucił nim w nurt rzeki. Ten zawirował kilka razy dookoła własnego środka, podskoczył aż wreszcie popłynął przed siebie w uniesieniu.

– Masz rację.

Fenek odwrócił się. Wyciągną łapki i mocno przytulił się do przyjaciela. Trwali tak w uścisku dłuższą chwilę patrząc jak woda przesuwa się przed ich oczami. Jenot pogłaskał Fenka po plecach.

– Chodź. Zrobię Ci pyszną owocową herbatę…

– Dobrze. Chodźmy…

I poszli.

Podobne wpisy

  • Może gdyby…

    Spod kół toczącego się auta wydobywa się chrzęszczenie i chrupanie. Opony poruszając się wolno bezlitośnie rozgniatają śnieg. Droga, którą jedzie przecina las na pół. Wysokie sosny powoli ubierają się w tłuste, zgarbione śnieżne czapy a zielone kępki igieł chowają się pod nimi. Gałęzie zwieszały się coraz niżej jakby wstyd przed czymś albo kimś kazał im…

  • Co tak wcześnie?

    Dzień pod znakiem badania, o którym szerzej tutaj nie będzie. Istotne, że badanie nieprzyjemne. Tak nieprzyjemne z najwyższej półki nieprzyjemności. Pojechałam na nie taksówką. Tutaj zaczyna się coś ciekawego, co ostatnio w moim życiu pojawia się nader często. Życzliwość, ciekawość, otwartość. Pan kierowca przywitał mnie z uśmiechem i pytaniem „Co tak wcześnie”? To zadziwiające ile…

  • |

    Bez kształtu.

    Jak co tydzień w sobotę jedli wspólne śniadanie. Siedząc naprzeciwko siebie przy drewnianym stole podawali sobie dżem wiśniowy z łapki do łapki, aby szczelnie pokryć nim potem wszystkie kwadraciki na gofrach. Każdy z nich bez wyjątku, aby żaden nie poczuł się opuszczony. – Jenocie… – zaczął Fenek i zawiesił nóż nad gofrem spoglądając na słoje…

  • Kalejdoskop.

    You belived you love me… Kiedy świat rozsypuje się na kawałki. Jest cicho. Naprawdę cicho. Słychać trzepot skrzydeł motyla. Ten dźwięk przecina rzeczywistość niczym miecz. Nie ma czekania. Nie ma smutku. Jest samostanowiący proces rozpadu. Wszystko co znałeś, rozumiałeś [ lub wydawało Ci się, że rozumiesz] rozpada się na drobniutkie kawałki. Te drobiny latają dookoła…

  • Kolorowy obrazek.

    Wymarzona niedziela. Święty Graal mojego dzieciństwa. Jeden z uświęconych i nieosiągalnych momentów. Nieosiągalny tak bardzo, że w sumie nikt nie wie czy jeszcze istnieje. Wszyscy jednak tak samo wartościowym go postrzegają.               Dla mnie to był taki dzień, w którym przede wszystkim wszyscy są razem w pewnego rodzaju połączeniu, wspólnocie. Mało wiedziałam o tym, że…

  • Łosoś

    Półmisek z parującą potrawą stoi na drewnianym, usianym słojami stole. Pod półmiskiem silikonowa mata, która ma go zabezpieczyć przed poparzeniem. Dbałość. Rzadka w tym miejscu. Sam stół w kolorze jasnej sosny poznaczony jest śladami życia, które go dotyka i dotykało na różne sposoby. Ślady po nożu, nożyczkach. Głębokie bruzdy, gdy ręka obsunęła się i przecięła…