Półmisek z parującą potrawą stoi na drewnianym, usianym słojami stole. Pod półmiskiem silikonowa mata, która ma go zabezpieczyć przed poparzeniem. Dbałość. Rzadka w tym miejscu. Sam stół w kolorze jasnej sosny poznaczony jest śladami życia, które go dotyka i dotykało na różne sposoby. Ślady po nożu, nożyczkach. Głębokie bruzdy, gdy ręka obsunęła się i przecięła tą sosnową skórę. Pozostawiając ją bez możliwości zagojenia się. Plamy z czarnej farby, której już nikt nie miał ochoty usuwać. Mając nadzieję, że z czasem sama zejdą. Jakby z czasem cokolwiek schodziło samo. Czarno-złota lampa stojąca po prawej stronie rzuca ciepłe światło na drewnianą powierzchnię i parującą potrawę. Na stole nie ma talerzy ani sztućców. Jedynie żaroodporne dymiące naczynie na samym środku. Dziwne to. Jakby zapraszano na kolację i nie zapraszano jednocześnie. Stoi i gotowe do jedzenia, przyciągające zapachem. Przykuwające uwagę złociście przypieczoną skórką. Stoi i czeka złowrogo.
Podchodzi do stołu. Pochyla się nad potrawą i z rosnącym zainteresowaniem wciąga w nozdrza zapach. Obłędnie. Zachęcająco. Kusząco. Czuje jak napływa mu do ust ślina. Jest głodny. Cały dzień nie miał czasu na jedzenie. Spotkanie, za spotkaniem. Kilkadziesiąt decyzji. Kawa goniąca kawę. Kawa na bazie azbestu. Długo podgrzewana dla zwiększenia właściwości odżywczych do poziomu bliskiego przedawkowania dobra w dobrze. Żołądek ocknął się z letargu i zaczyna wydawać nerwowe pomruki, gdyż nos zdążył już wszystkich poinformować, że będzie wyżerka. Komórkowe podniecenie. Biegają ze sztućcami i białymi ścierkami, żeby je sobie podłożyć po komórkowe podbródki.
– Będzie jedzone, będzie jedzone!
Zna to miejsce od podszewki. To mieszkanie, w którym mieszka. Codziennie z niego wychodzi i do niego wraca. Mieszka w nim sam. Od dawna. Potrawa stojąca na stole jest dla niego niepokojąco kusząca. Przynosi ze sobą też nieprzyjemny dreszcz grozy. Przekręcił klucz w drzwiach jak zwykle. Zamki działały bez zarzutu. Drzwi były normalnie zamknięte. Tym bardziej niepojęte jest to co właśnie widzi przed sobą. Odsuwa się od stołu i powoli przechodzi do sypialni. Włącza światło i rozgląda się. Wszystko wygląda dokładnie tak jak zostawił rano. Łóżko zasłane kapą w liście. Nieskazitelnie czyste biurko. Smętny kwiatek na parapecie. Uchylone drzwi od szafy. Ani śladu bytności.
Wraca do salonu i przechodzi z niego do kuchni. Co dziwne tutaj też nie ma śladu bytności kogokolwiek. Co gorsze nie ma też śladu po tym, że ktoś mógł tutaj coś przygotowywać. Blaty kuchenne lśnią czystością. Żadnego okruszka. Przedmioty w równym porządku jak od linijki stoją tak jak je zostawił. Nie dostrzega najmniejszej zmiany. Jest coraz bardziej zaniepokojony. Klucz do mieszkania ma jego matka mieszkająca za granicą. Nie ma żadnej możliwości, aby przyjechała specjalnie, aby upiec i zostawić mu na stole ciepłą potrawę. Szczególnie bez mówienia mu o tym z wyprzedzeniem. Zastanawiając się nad tym wchodzi do łazienki. Patrzy w swoje odbicie w lustrze i coś go zatrzymuje. Kąt oka. To miejsce, które ma łączność z tym co niewidzialne. Przez chwilę widzi tą soczewką skierowaną w to co niewidzialne postać. Odbiła się w lustrze w szybkim ruchu. Przemieściła się w mgnieniu zostawiając go samego przed lustrem.
– To tylko złudzenie. Ze zmęczenia mi odpierdala – mówi do swojego odbicia o poszarzałej twarzy.
Tylko jak wytłumaczyć fakt, któremu nie da się zaprzeczyć? Obecność parującego półmiska na stole? Czy powinien uciec z tego mieszkania z krzykiem albo poinformować ochronę, że ktoś postawił na jego stole pod jego nieobecność parujący półmisek? Jak to w ogóle brzmi. Jakby mu kompletnie odwaliło. Z mieszkania nic nie zginęło. Właśnie skończył obchód. Biuro tak jak kuchnia, sypialnia, łazienka w stanie jakim je zostawił. Nawet warstwa kurzu pyszniła się w takiej samej szarej dumie jak rano. Nawet wezwanie policji byłoby w tej sytuacji graniczące z obłędem. Czyż nie? Co im powie?
– Panowie policjanci, podczas mojej nieobecności ktoś przygotował dla mnie posiłek i zostawił go tak abym po powrocie do domu miał ciepły, stojący na stole. Z domu nic nie zginęło. Proszę znajdźcie tego złoczyńca?
Absurd. Pachnący zapiekanką absurd. Zimne, nieprzyjemne uczucie przylgnęło mu do pleców. Uczucie, że niezależnie od tego jak logicznie wytłumaczy sobie tą sytuację i tak nie zmieni to faktu, że coś tu jest mocno nie na miejscu. Postanawia skorzystać jednak z tej sytuacji. W swoich czarnych, wypolerowanych butach, które miękko chrzęszczą po dębowej podłodze idzie do kuchni. Z szuflady wyciąga widelec i nóż. Sięga po czarny talerz do szafki. Uzbrojony wraca do stołu. Stawia talerz i kładzie obok niego sztućce. Przypomina sobie, że do wyjęcia zapiekanki potrzebuje jeszcze większej łyżki. Wraca po nią do kuchni i sięgając po nią do szuflady znowu kątem oka widzi ruch.
– Jakie to kurwa oklepane… jak w horrorze klasy D – warczy sam do siebie.
Wraca do salonu. Wbija łyżkę w zwartą zapieczoną masę. Jest opór. Grube kawałki warzyw, przetykane różowym mięsem łososia. Wszystko mocno ze sobą sklejone beżowym sosem. Nie wygląda to imponująco, ale zapach jest jeszcze bardziej intensywnie zachęcający. Nakłada dużą porcję na talerz. Poprawia sobie materiałowe spodnie, podciągając je lekko do góry, żeby nie uwierały go podczas siedzenia. Bierze do rąk widelec i nóż. Potrawa jest zachwycająco aromatyczna. To coś takiego, co wspomina się potem latami. Niezwykła. Smaki przenikają się nawzajem. Faktury uzupełniają. Śmietankowy sos. Chrupiące brokuły i delikatny, rozpływający się w ustach łosoś. Białe linie przecinają róż, który ustępuje z miękkością pod naciskiem widelca. Zaczyna jeść szybciej. Nie może oprzeć się wrażeniu, że to jest podstęp. W tej jednak chwili przestaje mieć znaczenie. Jedyne co jest istotne to smakować tą niebiańską potrawę. Jak najdłużej. Bez końca. Chwila trwa. Czerpie z niej jak najwięcej próbując jednocześnie zapamiętać każde smakowe poruszenie swoich kubków. Z przerażeniem stwierdza, że w półmisku zostało już bardzo niewiele a On wcale nie ma dość. Co więcej chce więcej…
Skąd jednak weźmie więcej? Już nie ma dla niego znaczenia skąd to się wzięło. Jakim cudem znalazło się w jego zamkniętym mieszkaniu. Kto i jak wtargnął do jego świata i przygotował dla niego to coś. To już nie ma najmniejszego znaczenia. Najważniejsze jest, aby mógł się tym sycić bez końca. Zawsze, codziennie. Bez umiaru. Bez względu na cenę. Bez względu na wszystko. Chce to mieć… jest gotów zrobić wszystko. Czuje się zdruzgotany świadomością, że pożądanie tej potrawy rozpaliło go do granic. Czysta, fizyczna żądza posiadania… łososia z brokułem w śmietankowym sosie.