Spojrzenie – Sukienka / Cz. 1
Spojrzenie – Sukienka cz.1
Stoi za nim w kolejce. Widział ją tutaj już wcześniej. Jest jak czerwona plama krwi, rozlana dookoła zamordowanego. Wzdryga się na samo to skojarzenie. Nie ma pojęcia skąd ono się wzięło. Zapewne z samego środka jego mrocznego umysłu. Nie planował tej myśli. Nie planował tego skojarzenia. Marzy jedynie żeby zniknęła z tej kolejki, sąsiedztwa a najlepiej z planety również. Odwraca się do lady chłodniczej, w której zielenieją plasterki szynki uchodzącej za rarytas. Pani w blond trwałej trzepocze niebieskimi powiekami ze znużeniem i niechęcią. Wędliny nie przemawiają do niego żadnym życzliwym dialektem ani językiem. Patrzą jedynie tłustymi okami pokryte czymś czego jeść się nie powinno. Rozważa czy nie zrezygnować jednak z zakupu. Czy nie wzbudziłoby to jednak podejrzenia? Ta czerwona plama krwi z kolejki za nim mogłaby go skojarzyć i zauważyć. Myśli biją się ze sobą. Kobieta przed nim właśnie poprosiła o kiełbasę. W sumie dobry wybór. Najmniej tchnie beznadzieją.
Kobieta zza lady żując gumę chwyta pętko i rzuca z nonszalancją na wagę. Kobieta z kolejki dopytuje czy można odkroić kawałek aby na wadze było równo czterysta gramów. Ekspedientka zamiera.
– Przepraszam. Co Pani powiedziała? Chyba nie dosłyszałam… – przeszywa wzrokiem klientkę. Ręka zawieszona nad kiełbasą w oczekiwaniu na dalsze wypadki ma czerwone paznokcie poodpryskiwane na końcach. Jakby zgubiła ten lakier drapiąc klientów po twarzach.
– Chciałam dokładnie czterysta gram tej kiełbasy – kobieta ma na sobie niebieską sukienkę. Zwiewną. Taką motylą. Cała jest taka jakaś efemeryczna. Ładnie pachnie ponad wonią kiełbas. Jest jakaś niewzruszona w tej swojej absurdalnej bądź co bądź prośbie.
– Proszę Pani. Bierze Pani jedno pętko, dwa pętka albo wielokrotność pętek. Nie kroimy tego na mniejsze kawałki. – widać, że zacisnęły jej się żwacze a oczy patrzą z pogardą. Mimo to nadal trzyma się kultury jak brzytwy. Wycedzone przez zęby słowa brzmią zimno i ostro ale nic im nie można zarzucić.
– To w takim razie ja podziękuję. – kobieta odwraca się od lady. Sukienka faluje razem z nią. Pozostawia po sobie zapach i stukając obcasami jak w tanim filmie klasy nocnej znika między alejkami.
Kolejka zasłuchana i zamrożona ożywa. Czuć w powietrzu mieszaninę oburzenia i zazdrości. Tamta odważyła się zrezygnować, odważyła się zapytać, odważyła się zmierzyć z trzepotem niebieskich powiek.
Przestąpił z nogi na nogę. Próbując jednocześnie otrzepać się tym ruchem z myśli. Czuł się jak w potrzasku. Za nim kobieta, której nie chciał widzieć, a którą wciąż widział pod zamkniętymi powiekami, w jaskrawej czerwieni. Przed nim kobieta, którą widział, choć wcale nie chciał jej widzieć. Czuł się jak ta zzieleniała od czasu wędlina. Uwięziona w szklanej kopule rzeczywistości, z której nie było ucieczki.
– Co panu podać?
Ten głos przeciął powietrze. Nie był jak smagnięcie batem. To byłoby zbyt oczywiste. Jak laser skierowany prosto w lewe oko. Wwiercał się na przestrzał.
– Poproszę dwa pętka kiełbasy.
Sam nie wiedział po jaką cholerę mu dwa pętka kiełbasy. Nie zje ich na pewno. Nie ma też psa, z którym mógłby się nimi podzielić. To imperatyw mu kazał. Słowa wyszły z niego zanim zdążył je zidentyfikować.
Chciał ją zadowolić. Zadowolić kobietę zza lady. Zrekompensować jej to zachowanie kobiety w motylej sukience. Jak grzeczny synek mamusi.
Niebieskie powieki zatrzepotały z zadowoleniem. Ręką z czerwonymi, obgryzionymi pazurami sięgnęła po dodatkowe pętko i dołożyła do tego porzuconego na kasie. Nie patrzył nawet na wagę. Kobieta zawinęła kiełbasę w biały papier i wyćwiczonym ruchem wyrwała z kasy naklejkę z ceną. Przykleiła do niezgrabnego pakunku, który położyła na górze szklanej lady.
– Coś jeszcze?
Spojrzenie położyło się na nim z niechęcią. Czuł się w tym spojrzeniu brzydki, głupi i niezdarny.
– Dziękuję. To wszystko.
Odwrócił się w kierunku odwrotnym niż stojąca za nim kolejka. Teraz kobieta, której unikał stała się głową tej wijącej się żmii. Gwar głosów dobiegających z kolejki towarzyszył mu jeszcze w alejce. Głowa przed siebie. Wpatrzony twardo w nieistniejący punkt gdzieś na horyzoncie.


